Radość to życie, a apatia – śmierć. Albo żyjesz, albo jesteś martwy, pisze Buscaglia. Możesz wybrać radość. Albo rezygnację. Cytuje Kazantzakisa, autora „Greka Zorby”: „Masz pędzel i farby. Namaluj swój raj i wskakuj do środka”. Pisze też, że zawsze, gdy wybieramy życie zamiast apatii i rezygnacji, ryzykujemy.
Śmiejąc się, ryzykujemy, że możemy się wydać płytkie i głupie. Za to nigdy nie będziemy umierały z nudów. Okazując uczucia, ryzykujemy, że okażemy się tylko ludźmi. Jednak dopiero wtedy będzie można nas pokochać; trudno kochać doskonałość. Mówiąc innym o swoich pomysłach i marzeniach, ryzykujemy, że ludzie nas odrzucą. No cóż, nie można być kochanym przez wszystkich. Kochając, ryzykujemy, że nasza miłość nie będzie odwzajemniona. Jednak sama miłość jest największą wartością. Mając nadzieję, ryzykujemy rozpacz, a próbując, ryzykujemy porażkę. Jednak ten, kto niczego nie ryzykuje, niczego nie robi. Może uniknie bólu, ale nie będzie się rozwijać, nie będzie kochać (…)
Ojojo!!
No ladnie… Kiedy ja zagladalam ostani raz do mojego internetowego pamietniczka?! Oj dawno 🙁 Oczywiscie ze sie tlumaczyc nie bede, biore sie od razu za nadrabianie zaleglosci 😉
Skonczylam pisac tuz przed wyjazdem z Houston, w sumie to juz prawie misiac, ale tez czas tak szybko uciekl… Powrot do domku, swieta, nowy rok, i juz koniec przyjemnosci a znow obowiazki. Eh, no powodow do marudzenia na pewno znalazlabym sobie duzo, ale po pierwszym tygodniu pobytu tutaj limit zostal wyczerpany. Ale, ale… od poczatku ;P
Christmas party, o ktorym wspomnialam w ostatnim poscie, bylo elegancka impreza w hotelu Marriot – czyli wszyscy ubrani w swoje najlepsze stroje, duze stoly, jedzenia do wyboru do koloru, maly parkiet, i oczywiscie nikt nie bedzie tanczyl poki nie wleje w siebie znacznej ilosci procentow. Ale rowniez na wstepie dostalismy takie karneciki – byl jeden na drinki, byl i na zdjecie (samemu, grupowe, z ciekawym tlem, w czapce Mikolaja badz w rogach renifera, jak komu sie marzy) i byl jeszcze jeden bilecik – 1000$ na kasyno! Oczywiscie ze fikcyjna kasa, ale kupon mozna bylo wymienic na zetony i grac 🙂 W ogole to byl moj pierwszy raz w kasynie 🙂 Ale bylo zabawnie, zwlaszcza jak usiedlimy grupa przy jednym stole, i powiedzilismy ze chcemy grac, ale nie wiemy jak 😉 No i krupier musial nam najpierw powiedziec jak grac w Black Jacka, a pozniej dopiero moglismy obstawiac 😉 Pozniej gralismy jeszcze w pokera,i nawet to wszystko niezle mi szlo 🙂 Gdy zamkneli kasyno i zaczelo byc tak znowu elegancko, to postanowilismy sie z Renata urwac z przyjecia 🙂 Reszte wieczoru spedzilismy w towarzystwie naszych znajomych z Houston – niedaleko znalezlismy calkiem fajny klub 🙂
Weekend oczywiscie byl stracony na podrozownie. I znowu zmiana czasowa, i znowu przestawianie siebie, co wydaje sie latwe, ale jednak organizm potrzebuje chwili zeby sie zaklimatyzowac. Co odczulam BARDZO po powrocie do Houston, ale to jeszcze zaraz 😉 Poniedzialek byl jedynym dniem kiedy bylam w swoim biurze, wiec musialam zalatwic jak najwiecej spraw – identyfikator, konto bankowe, i troche innych papierkow. I udalo mi sie poznac moja pania menedzer, ktora wydaje sie calkiem sympatyczna kobieta 🙂 Do domu bylo coraz blizej! Jednak powrot do Polski nie byl taki latwy – niestety byl koszmarny! W skrocie – taksowkasz zapomnial ze mial przyjechac, pociag, ktorym mialam dostac sie na busa zawozacego ludzi na lotnisko, w momencie wjezdzania na stacje zmienil peron, wiec nie bylam w stanie teleportowac sie na druga strone stacji, a ze to byl srodek nocy (3am), nie bylo zywej duszy ktora moglaby mi jakos pomoc, ani tez konduktora ktory wysiadalby z pociagu … Wiec, trzeba bylo sobie radzic – mialam przy sobie jedynie 1 funta, bo ostanie pieniadze wydalam dzien wczesniej na bilet na pociag (ktory i tak [nie wiem jakim cudem] zgubilam, i na taxi, a wiecej nie bylo mi potrzeba. Dobrze ze zostawilam sobie troche czasowego zapasu … Jak juz dotarlam na busa, mialam nadzieje ze to koniec przygod, niestety na lotnisku mialam szarpnelo mnie jeszcze troche po kieszeni za nadbagaz. Bylam zla i mialam wszystkiego dosc, do tego bylo zimno, mgliscie, oj, marzylam by byc juz w domu! Tak wiec jak juz sie spotkalam w Polsce z moja kochana Mami, bylam najszczesliwsza osoba na swiecie! 🙂
Pozniej spedzialam uroczy czas z rodzina i bliskimi mi osobami. Ciesze sie ze udalo mi sie zobaczyc z przyjaciolmi, choc niestety nie ze wszystkimi. Czas spedzony w Polsce byl tym bardziej cudowny gdyz dzielilam go z jednym magicznym ludkiem 🙂
Niestety, jak to mowia, wszystko co dobre szybko sie konczy.
I znowu mnostwo godzin straconych na podrozowanie – latanie jest fajne jak lecisz w nieznane, gdy wiesz ze bedziesz odkrywac swiat. Ja juz wiedzialam co na mnie czeka :/
10 'fascynujacych’ tygodni.Yeah. Juz minal tydzien od mojego przylotu. Tydzien, ktory okazal sie bardzo ciezki dla mnie. Powrot do rzeczywistosci, amerykanskiej, biurowej, z wszechobecnym angielskim… Szkolenie mialo byc latwiejsze – jak dla mnie, poki co na pewno NIE jest. Moze i nie mam co tygodniowych testow, ale za to mam do przygotowania kilka dokumentow na kazdy poniedzialek… Bo wyglada to tak: w poniedzialek mielismy taki organizacyjny dzien, co, jak, dlaczego. Mieslimy rowniez spotkanie z „naszym klientem” [ktorym jest jeden z instruktorow]. No i dostalismy kontrakt, w ktorym jasno sa okreslone nasze zadania, parametry do przetestowania, jakie wyniki nalezy prezentowac klientowi. No i w zwiazku z tym wszystkim jest sporo papierkowej roboty do przygotowania – w kazdy poniedzialek do poludnia klient musi dostac swoj „zestaw” dokumentow. Coby nie bylo za latwo, sa jeszcze inne dokumenty, ktorych oczekuje od nas nasz supervisor. Ale nie samo przygotowywanie dokumentow meczy. Proba zrozumienia, polapania sie w tym wszystkim, to jest dopiero wyzwanie. Teraz kazdy pracuje na swoja reke, kazdy sam organizuje sobie czas, i okresla priorytety. Ale o tym juz nastepnym razem, bo teraz czas na sen…
KONIEC!! :D
No a wczoraj skonczylo sie wszystko! We wtorek mielismy ostatnie testy praktyczne – ktore juz nie byly tak latwe i przyjmne jak te pierwsze, i prawde powiedziawczy nie czulam sie po nich „dobrze”, mialam wrecz wrazenie, ze ja sie do tej pracy nie nadaje! Wynikow jeszcze nie mam, bo czekam wlasnie na spotkanie z naszymi prowadzacymi, na ktorym przedstawia mi ostateczny raport i wyniki ostatnich testow – zobaczymy… Wtorek byl naprawde ciezki, bo po calutkim dniu testow (od 8 do 17 z 10 minutowa przerwa!!) musialam wrocic do hotelu i uczyc sie zakichanym prezentacji na poranny test w srode. Eh, nie mialam sily! Marzylam o tym, zeby zakopac sie pod kolderka i spac, spac spac!!!
Na szczescie w srode o 10 bylo juz po wszystkim! Musialam jeszcze posiedziec troche w biurze, posluchac ostatnich mini prezentacji moich kolegow z grupy, i „urwalismy sie” wczesniej 😉 Drzemka, i pozniej szybkie zakupy, bo potrzebowalam zaopatrzyc sie w sukienke – w piatek mamy uroczyste firmowe Christmas Party, i trzeba sie „bardzo formalnie” ubrac – wiec mysle ze mala czarna bedzie ok 😉
Po zakupach wyladowalismy w mieszkaniu Aviral’a – pizza, szisza – luzik!! 🙂 Tak mozna zyc 😉
A dzis siedzimy sobie w biurze, kazdy robi co mu sie podoba – czyli facebook, poczta, magia internetu 😉 Co jakis czas tylko kazdy wychodzi po swoj „final report”. Nic tylko odliczac dni do powrotu … Coraz blizej!! 😀
Weekend w Austin :P
To byl cudowny weekend! Przez chwile sie wahalam czy powinnam jechac, bo przeciez czekaly na mnie testy praktyczne we wtorek i jeszcze jeden test teoretyczny… Ale poniewaz przesuneli go na srode… Oj i wcale nie zaluje ze pojechalam! Choc nie zaczelo sie za dobrze – wyruszylismy z Houston w piatek wieczorkiem, i pedzilismy amerykanskimi autostradami. Bylo nas 4 – Jennifer, Aviral, Ryan i ja 🙂 Jennifer zabrala ze soba magiczne urzadzenie „wykrywajace” policyjne radary w okolicy, wiec Aviral korzystal z mocy swego BMW 😉 Niestety urzadzenie nie za bardzo zadzialalo, albo pan policjant uzywal magicznego radaru, bo w pewnym momencie zobaczylismy mocne policyjne swiatla za nami … No i skonczylo sie mandatem, podobno nie az tak wysokim, ale jesli Aviral mialby na liczniku o dwie kreseczki wiecej (zamiast 93 – 95) moglby wyladowac w wieznieniu!!! Masakrunia! W koncu udalo sie nam dojechac do Austin i do domku kolegi Aviral’a. Zostawilismy tylko rzeczy i poszlimy „na miasto” 😉 Spacerkiem po centrum, zajrzelismy do kilku klubow, zeby skosztowac „lokalnych” smakolykow 😛 I w koncu wyladowalismy w jednym klubie na dluzej, zeby troche poplasac 😉 Wstalismy dosc wczesnie, w sumie to my obudzilysmy chlopakow, bo zaczelysmy sobie gadac juz po 8 😉 Wiec zebralismy sie, pojechalismy na sniadanko do centrum, pozniej spacer nad jeziorkiem i powrot do domku na popoludniowa drzemke 😉 Pozniej siedlismy sobie na ogrodku i delektowalismy sie szisza 😉 Kolacja i znowu noc w miescie! Cudownie! Brakowalo mi tego! Austin jest studenckim miastem, ma baaradzo fajny klimat, oczywiscie nie tak cudowny jak Krakow, ale o niebo lepszy niz Houston 😉 A na koniec najlepsze! Calej naszej piatce udalo sie w srodku nocy zlapac stopa!!! – Oskar zawiozl nas do cukierni na paczki, a stamtad mielismy juz bliziutko do domku 🙂 I zapalilismy sobie jeszcze szisze na dobranoc 🙂 To naprawde byl mily weekend – odpoczelam od miasta, hotelu, nauki! Ekstra! 😀
Po prezentacji… :)
KONIEC!!!!TAK TAK TAK!! Powinnam to juz wczoraj napisac, ale jakos malo czasu bylo 😉 Za to dzis… Ale od poczatku … Bo znowu mialam przerwe w pisaniu… 🙁 Do ostatniego weekendu oczywisice nie dzialo sie nic specjalnego – nauka, kilkanie, nauka, klikanie i tak w kolko. Choc jeden dzien wyroznial sie od innych – mialam swoja mini prezentacje. Oczywiscie ze sie denerwowalam! Bylam swiadoma tego ze zrobilam dobra prezentacje, ale oprocz tego „ktos” musial to ladnie przestawic… W poniedzialek przed prezentacja siedzialam w biurze do 22:30 .. Dopracowywalam szczegoly, cwiczylismy sobie na duzym ekranie, i naprawde mialam dosc. Wrocilam do hotelu, i mialam jescze sobie pocwiczyc, ale bylam tak zmieczona ze wystarczyla chwila – polozylam sie na lozku i zasnelam… Ale wstalam o 5 by jeszcze ze dwa razy chociaz sobie to wszystko powiedziec. No i musialam sie jeszcze wyprasowac, wypluskac sie, i przygotowac siebie by wygladac profesjonalnie. Oczywiscie nie jadlam sniadania, ani lunchu – prezetacje zaczely sie dopiero o 1 (mielismy w ten dzien az 4). To wyglada tak ze 2 osoby maja ten sam temat – ja maialam to samo z Emily – Amerykanka. I na poczatku ustalilismy ze ja pojde pierwsza, bo … lepiej na pierwszy ogien, i niech najpierw uslysza lamana agielszczyzne, a pozniej dopiero ta „ladna” ;). Ale poniewaz Emily bedzie pracowala tutaj, w Houston, to na jej prezentacje zostaly zaproszone inne osoby – jej supervisorzy, itp, wiec poszla pierwsza, zeby nie trzymac tych osob za dlugo. Eh.
Dodatkowo troche mnie zdenerwowali prowadzacy, bo… Tydzien przed prezentacja poszlam sobie na konsultacje z ta moja prezentacja to babeczki ktora najbardziej surowo ocenia, i ona powiedziala mi ze powinnam dodac informacje o funkcji despike i co to jest sam spike itp. Wiec zrobilam to, a w poniedzialek nasza prowadzaca zobaczyla moja prezentacje i powiedziala ze nie powinnam tego miec, bo my nie analizowalismy tego na naszych zajeciach, wiec… Usunelam to… A w dzien prezentacji przyszedl do mnie Mike, i pyta sie mnie czy mam cos o despike w mojej prezentacji, wiec powiedzialam ze tylko mala wzmianke, bo wczoraj Gwen kazala mi usunac…A on „no bo jednak powinnas to miec” . AAAAA!! Myslalam ze ich zastrzele! I dobrze ze wyslalam ta prezentacje na edysk, i mialam te slajdy tam, wiec moglam w miare szybko „przywrocic” te rzeczy – tylko przeca nie cwiczylam sobie „jak to powiedziec”, wiec dodatkowo sie zestresowalam. Eh.
A sama prezentacja – poczatek nie byl zly, ale gdy doszlam do transformaty Fouriera, i zaczelam sie troszke motac, to sie spielam jeszcze bardziej – objawy: zaczelam mowic szybciej, wiecej do monitora niz do publicznosci, i cieszej. Ale dobrenelam jakos do konca. Pozniej pytania, na szczescie nie bylo ich duzo, i nie byly baardzo ciezkie, choc na jedno czy dwa nie odpowiedzialam. Po wszystkich prezentacjach komisja poszla na „narade’, i pozniej punktacja. I tym dopiero bylam zaskoczona – dostalam 92%!
Jakaz ulga! Jak wszystko ze mnie opadlo po tym – moglam spokojnie cos zjesc! A pozniej marzylam juz tylko o lozku! Bo moje oczy… jakby ktos nasypal mi piasku! normalnie tragedia – w sumie nie dziwie sie, w ostatnich dniach spedzalam po 12 -14 godzin przed kompem… Po prezentacjach mielismy jeszcze zrobic pare rzeczy – u mnie polegalo to tylko na jak najszybszym klikaniu i skonczeniu – i tak naprawde nie wiem dokladnie o co chodzilo, ale to maly szczegol. No i planowalam ze przespie sie chwilke, a pozniej wstane i zaczne sie uczyc, bo test teoretyczny, ktory mielismy nastepnego dnia, ale niestety… Nie pamietam nawet kiedy wylaczylam budzik, pozniej kolo 21:30 obudzil mnie telefon, ale tylko odpowiedzialam na jakies ptytanie kolegi, i poszlam spac dalej.
