No ladnie… Kiedy ja zagladalam ostani raz do mojego internetowego pamietniczka?! Oj dawno 🙁 Oczywiscie ze sie tlumaczyc nie bede, biore sie od razu za nadrabianie zaleglosci 😉
Skonczylam pisac tuz przed wyjazdem z Houston, w sumie to juz prawie misiac, ale tez czas tak szybko uciekl… Powrot do domku, swieta, nowy rok, i juz koniec przyjemnosci a znow obowiazki. Eh, no powodow do marudzenia na pewno znalazlabym sobie duzo, ale po pierwszym tygodniu pobytu tutaj limit zostal wyczerpany. Ale, ale… od poczatku ;P
Christmas party, o ktorym wspomnialam w ostatnim poscie, bylo elegancka impreza w hotelu Marriot – czyli wszyscy ubrani w swoje najlepsze stroje, duze stoly, jedzenia do wyboru do koloru, maly parkiet, i oczywiscie nikt nie bedzie tanczyl poki nie wleje w siebie znacznej ilosci procentow. Ale rowniez na wstepie dostalismy takie karneciki – byl jeden na drinki, byl i na zdjecie (samemu, grupowe, z ciekawym tlem, w czapce Mikolaja badz w rogach renifera, jak komu sie marzy) i byl jeszcze jeden bilecik – 1000$ na kasyno! Oczywiscie ze fikcyjna kasa, ale kupon mozna bylo wymienic na zetony i grac 🙂 W ogole to byl moj pierwszy raz w kasynie 🙂 Ale bylo zabawnie, zwlaszcza jak usiedlimy grupa przy jednym stole, i powiedzilismy ze chcemy grac, ale nie wiemy jak 😉 No i krupier musial nam najpierw powiedziec jak grac w Black Jacka, a pozniej dopiero moglismy obstawiac 😉 Pozniej gralismy jeszcze w pokera,i nawet to wszystko niezle mi szlo 🙂 Gdy zamkneli kasyno i zaczelo byc tak znowu elegancko, to postanowilismy sie z Renata urwac z przyjecia 🙂 Reszte wieczoru spedzilismy w towarzystwie naszych znajomych z Houston – niedaleko znalezlismy calkiem fajny klub 🙂
Weekend oczywiscie byl stracony na podrozownie. I znowu zmiana czasowa, i znowu przestawianie siebie, co wydaje sie latwe, ale jednak organizm potrzebuje chwili zeby sie zaklimatyzowac. Co odczulam BARDZO po powrocie do Houston, ale to jeszcze zaraz 😉 Poniedzialek byl jedynym dniem kiedy bylam w swoim biurze, wiec musialam zalatwic jak najwiecej spraw – identyfikator, konto bankowe, i troche innych papierkow. I udalo mi sie poznac moja pania menedzer, ktora wydaje sie calkiem sympatyczna kobieta 🙂 Do domu bylo coraz blizej! Jednak powrot do Polski nie byl taki latwy – niestety byl koszmarny! W skrocie – taksowkasz zapomnial ze mial przyjechac, pociag, ktorym mialam dostac sie na busa zawozacego ludzi na lotnisko, w momencie wjezdzania na stacje zmienil peron, wiec nie bylam w stanie teleportowac sie na druga strone stacji, a ze to byl srodek nocy (3am), nie bylo zywej duszy ktora moglaby mi jakos pomoc, ani tez konduktora ktory wysiadalby z pociagu … Wiec, trzeba bylo sobie radzic – mialam przy sobie jedynie 1 funta, bo ostanie pieniadze wydalam dzien wczesniej na bilet na pociag (ktory i tak [nie wiem jakim cudem] zgubilam, i na taxi, a wiecej nie bylo mi potrzeba. Dobrze ze zostawilam sobie troche czasowego zapasu … Jak juz dotarlam na busa, mialam nadzieje ze to koniec przygod, niestety na lotnisku mialam szarpnelo mnie jeszcze troche po kieszeni za nadbagaz. Bylam zla i mialam wszystkiego dosc, do tego bylo zimno, mgliscie, oj, marzylam by byc juz w domu! Tak wiec jak juz sie spotkalam w Polsce z moja kochana Mami, bylam najszczesliwsza osoba na swiecie! 🙂
Pozniej spedzialam uroczy czas z rodzina i bliskimi mi osobami. Ciesze sie ze udalo mi sie zobaczyc z przyjaciolmi, choc niestety nie ze wszystkimi. Czas spedzony w Polsce byl tym bardziej cudowny gdyz dzielilam go z jednym magicznym ludkiem 🙂
Niestety, jak to mowia, wszystko co dobre szybko sie konczy.
I znowu mnostwo godzin straconych na podrozowanie – latanie jest fajne jak lecisz w nieznane, gdy wiesz ze bedziesz odkrywac swiat. Ja juz wiedzialam co na mnie czeka :/
10 'fascynujacych’ tygodni.Yeah. Juz minal tydzien od mojego przylotu. Tydzien, ktory okazal sie bardzo ciezki dla mnie. Powrot do rzeczywistosci, amerykanskiej, biurowej, z wszechobecnym angielskim… Szkolenie mialo byc latwiejsze – jak dla mnie, poki co na pewno NIE jest. Moze i nie mam co tygodniowych testow, ale za to mam do przygotowania kilka dokumentow na kazdy poniedzialek… Bo wyglada to tak: w poniedzialek mielismy taki organizacyjny dzien, co, jak, dlaczego. Mieslimy rowniez spotkanie z „naszym klientem” [ktorym jest jeden z instruktorow]. No i dostalismy kontrakt, w ktorym jasno sa okreslone nasze zadania, parametry do przetestowania, jakie wyniki nalezy prezentowac klientowi. No i w zwiazku z tym wszystkim jest sporo papierkowej roboty do przygotowania – w kazdy poniedzialek do poludnia klient musi dostac swoj „zestaw” dokumentow. Coby nie bylo za latwo, sa jeszcze inne dokumenty, ktorych oczekuje od nas nasz supervisor. Ale nie samo przygotowywanie dokumentow meczy. Proba zrozumienia, polapania sie w tym wszystkim, to jest dopiero wyzwanie. Teraz kazdy pracuje na swoja reke, kazdy sam organizuje sobie czas, i okresla priorytety. Ale o tym juz nastepnym razem, bo teraz czas na sen…